Poniżej kilka zachwycających próbek z wystawy Bound for Glory: America in Color (2006). Zdjęcia dokumentują skutki depresji w małych społecznościach USA we wczesnych latach 40tych. To jedyne kolorowe zdjęcia z tamtego okresu.

Photo by Russell Lee
Poniżej kilka zachwycających próbek z wystawy Bound for Glory: America in Color (2006). Zdjęcia dokumentują skutki depresji w małych społecznościach USA we wczesnych latach 40tych. To jedyne kolorowe zdjęcia z tamtego okresu.

Photo by Russell Lee
Wpis dedykuję Czytelnikom, którzy są w podobnej sytuacji jak ja – jadają obiady w czasie dnia pracy poza domem, czyli gdzieś na mieście.
Ja jestem w tej sytuacji od lat jedenastu. Legitymuję się zatem pewnym doświadczeniem i ledwo paroma zatruciami pokarmowymi. A to czyni ze mnie eksperta. A co!
Jestem w trakcie poczytywania książki Paula Johnsona Bohaterowie. Tamże spotkałem słowo na dziś: henoteizm (gr. amfiktionia). Było to przy okazji postaci z rozdziału pierwszego: Debora, Judyta, Samson i Dawid.
Jak łatwo się domyślić, mam na myśli mierne efekty występów polskiej reprezentacji siatkarzy w tegorocznej edycji Ligi Światowej. Co mnie niepokoi? Najpierw wynik. Słaby – ledwo 10 miejsce z wygranymi pół-na-pół. I nie chodzi tu o zamieszanie związane z priorytetami celów reprezentacji na 2010r. Tutaj najpierw od początku jasno mówiono, że Liga Światowa nie jest priorytetem – priorytetem są wrześniowe Mistrzostwa Świata w Italii. Między innymi dlatego siatkarze mieli ledwo ponad tydzień wspólnego zgrupowania i pierwsza runda – mecze z Niemcami pod wodzą Lozano – zakończyła się kompromitacją. Ja nie byłem tym szczególnie zaskoczony, bo Niemcy byli na wyższym poziomie przygotowania i zgrania. Ale pomyślałem sobie – teraz musi być już tylko lepiej, przecież w końcu uda się zestawić optymalną szóstkę. Wtedy niespodziewanie zaczęto mówić o rzekomo realnej możliwości awansu do Final Six światówki. Zadanie w zasadzie dość realne, o ile wykrystalizowałaby się podstawowa szóstka.
Jednak nic takiego się nie stało. Niemal każdy mecz zaczynaliśmy w innym składzie. Tak, jakby Castellani współpracował z tymi zawodnikami pierwszy raz w życiu. Zacząłem się poważnie obawiać – o co w końcu chodziło? O wejście do finału Ligi Światowej? Przecież robiliśmy wszystko, aby tak się nie stało!
Wreszcie obejrzałem film Gnoińskiego i Słoty Beats of Freedom (Zew wolności).
Obraz jest podróżą przez trzy dekady polskiej muzyki: od przełomowego dla wielu młodych ludzi koncertu The Rolling Stones w Warszawie w kwietniu 1967 r., poprzez przemiany w Polsce po strajkach sierpniowych 1980 r., boom polskiego rocka (Maanam, Perfect, Republika, TSA, Turbo), festiwal w Jarocinie i powstanie punk rocka (Kryzys, Brygada Kryzys, Dezerter), stan wojenny, kryzysową rzeczywistość lat 80. po zmierzch PRL i wielkie przemiany demokratyczne 1989 r. Film pokazuje, jak zmieniała się muzyka i obyczaje pod wpływem rzeczywistości i jak zmieniało się pokolenie wychowane na rocku lat 80.
Za Onet.pl
Przyznam na wstępie: film mi nie przypadł do gustu. Niżej wyjaśnię dlaczego?
Od zawsze chciałem zrobić sesję w jakimś post-industrialnym plenerze. Nadal chcę. Problem jednak jest prosty: trzeba takowy znaleźć i musi się on nadawać. Nadawanie się zrujnowanego pleneru do zdjęć daje się łatwo wyjaśnić – musi być względnie łatwo dostępny oraz musi być bezpieczny.
Jak dla mnie najbliższym takim plenerem jest Kozubnik, czyli miejsce tuż obok Porąbki na trasie Porąbka-Żywiec. W sumie łatwo tam trafić. W sieci można bez kłopotu odszukać kilka świetnych opisów tego miejsca. Skrótowo na już: w Kozubniku w czasach PRL mieścił się elitarny ośrodek leczniczo-wypoczynkowy dla liderów partii komunistycznych z Polski i nie tylko. Teraz jest to ruina. Ale jaka!
Mój zachwyt w wyrażeniu ale jaka jest natury czysto fotograficznej. Wreszcie zebrałem się i w piątkowy wieczór wraz z Najlepszą Z Moich Żon wybrałem się do Kozubnika. Plan był prosty - ocenić plener. Jeśli się nadaje, to dziś miałem w zamiarze dokończyć tam jedną z moich sesji.

Kozubnik, 07.2010, ruiny ośrodka
Poniżej moje uwagi dla chętnych na sesję zdjęciową w ruinach ośrodka w Kozubniku.
W 2009r. wybrałem fatalną metodę konsumowania urlopu. Rozdrobniłem się na dwu, trzy dniowe kawałki. W efekcie nie było momentu w którym najzwyczajniej w świecie poczułem, że odpoczywam i relaksuję się. Taki urlop wyciekł mi między palcami i w efekcie na koniec roku miałem chyba tylko jeden dzień do wykorzystania w okresie Bożego Narodzenia i przełomu roku.
Fatalne rozwiązanie.
Ale w tym roku było inaczej. W tym roku też sprawdziłem nową metodę urlopu – na zakładkę.
Copyright © head.log
dla wszystkich, lecz nie dla każdego
Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress